sobota, 8 sierpnia 2015

Dzień 1. (Ashley)



- Ash? - podniosłam głowę spoglądając na przełożonego stojącego w drzwiach.
- Hmm? - odłożyłam papiery na bok i ponownie skierowałam swój wzrok na wysoką postać.
- Masz pacjenta – uśmiechnął się nerwowo, przestępując z nogi na nogę.
- To nic nowego, wprowadź go – uniosłam brwi zdziwiona. Jai nigdy nie informował mnie o czymś takim. To było normalne, jako psychiatra miałam kilkunastu pacjentów dziennie.
- Umm... Problem w tym, że nie tutaj – wykonał bliżej nieokreślony ruch ręką i usiadł naprzeciwko mnie.
- Dom? - spytałam, patrząc wymownie na jego nogi spoczywające na stoliku.
- Tak – skrzywił się nieznacznie, zabierając stopy z biurka.
- Coś jeszcze? - spytałam, sięgając po kluczyki od motoru.
- Tak – odchrząknął, po czym kontynuował – To specyficzny pacjent. Nie licz na to, że porozmawiacie.
- Okay... - skinęłam wolno głową.
- Masz kartę – podał mi szarą teczkę, na której czarnym markerem dużymi literami napisane było: „Michael Clifford
21 lat”
- Umm.. Jai – zaczęłam zmieszana.
Odwrócił się i spojrzał na mnie pytającym wzrokiem.
- On jest w moim wieku... Nie będzie się czuł... Zażenowany? - spytałam zmieszana.
Brawo Ash. Jeśli ktoś będzie się czuł niezręcznie to ty.
- Jeśli będzie się czuł zażenowany, będę z ciebie dumny – popatrzyłam na niego zagadkowym wzrokiem.
- On nic nie czuje – wyszeptał. Jego oczy zaszkliły się delikatnie.
- Jego... - głos mu się załamał. Po chwili odchrząknął i kontynuował – Jego rodzina liczy, że kontakt z rówieśnikiem go naprawi. Liczę na ciebie – poczułam na sobie jego poważne spojrzenie.
Skinęłam i chwyciłam kurtkę.
- To jedyny twój pacjent na najbliższy czas – powiedział wychodząc.
- A co z Jamesem i... - Jaidon wszedł mi w słowo.
- Kate się nimi zajmie.
I wyszedł.
Westchnęłam głośno i wklepałam w telefon adres, dostarczony mi przez szefa. W zasadzie głupio było mi nazywać go szefem, był może dwa, trzy lata starszy ode mnie, dlatego mówiliśmy sobie po imieniu. Co nie zmienia faktu, iż oficjalnie jest  moim przełożonym.
Zbiegłam po schodach. Na dworze było naprawdę ciepło, mimo to ubrałam swoją kurtkę i zapięłam ją po samą szyję. Wsiadłam na motor i lekko naparłam ciałem na Harleya, aby zwolnić blokadę. Usłyszałam charakterystyczne kliknięcie i maszyna opadła lekko w dół. Dołączyłam się do ruchu, po drodze wymijając kilka aut.
- To chyba tu – mruknęłam pod nosem, spoglądając na białą willę, otoczoną naprawdę sporym ogrodem. Na podjeździe stało kilka aut. Z daleka wyglądało to na bogatą rodzinę, jak wiele innych. Ale przecież nikt nie zastanowi się, jak naprawdę żyją.
Jak według Was powinien wyglądać człowiek z problemami? Chodzić wiecznie skulony, patrzeć na innych, jakby chciał ich zabić lub, co gorsza, zjeść? A co, jeśli powiem Wam, że osoby z problemami, są najczęściej najweselsze? Śmieją się, wygłupiają? Aż w końcu nie wytrzymują i całkiem upadają.
Otrząsnęłam się, zdając sobie sprawę, iż od dobrych dziesięciu minut wpatrywałam się w pozłacaną tabliczkę z numerem domu. Wprowadziłam motor przez wąską furtkę, ledwo unikając zdrapania czarnego, lśniącego lakieru. Nie zamierzałam zostawiać maszyny na chodniku, gdzie praktycznie każdy mógł ją zabrać, a to nie moja wina, iż  gospodarze nie pomyśleli o tym, że nie zamierzam iść 20 kilometrów na piechotę.  Nacisnęłam dzwonek i wpatrywałam się w swoje odbicie, które pojawiło się w szybie na drzwiach. To było nieco zabawne, gdyż widziałam tylko fragment swojego ciała.
- Dzień dobry – przywitałam się, kiedy drzwi uchyliły się, a w progu stanęła starsza kobieta.
- Witaj – jej twarz lekko rozświetlił uśmiech gdy zauważyła teczkę w mojej dłoni.
- Ashley Irwin, tak? - upewniła się.
Skinęłam głową.
- Wejdź – otwarła drzwi szerzej. Przekroczyłam próg domu Cliffordów i rozejrzałam się. Sam hol był większy od mojego salonu. Po moich obu stronach wznosiły się nieskazitelnie białe ściany, ze złotymi kinkietami. Stała tam tylko jedna komoda. Ciemna, potężna, sprawiała wrażenie skradzionej z Białego Domu.
Zaśmiałam się cicho na moje przypuszczenie. Jestem pewna, iż było ich stać na dębowe meble.
- Kawy, herbaty? - spytała kobieta, kiedy zostawiłam moje czarne vansy w przedpokoju. Syknęłam, gdy  moje nagie stopy dotknęły zimnej posadzki.  Trzeba było nosić skarpetki, jak mama w domu kazała.
- Nie, dziękuję – uśmiechnęłam się przyjaźnie do, prawdopodobnie, matki niejakiego Michaela Clifforda.
- W takim razie zaprowadzę cię do Michaela – wyminęła mnie w progu i dziarskim krokiem ruszyła w kierunku jakiś drzwi.
- Mike, masz gościa – pociągnęła klamkę w dół, dzięki czemu znalazłyśmy się w ciemnym pokoju.
Nie mam tu na myśli czarnych ścian i mebli, lecz fakt, iż rolety były zasunięte, nie dopuszczając żadnego światła. Kobieta podeszła do zasłon i rozsunęła je na boki, następnie podnosząc żaluzje.
Zmrużyłam oczy, zaskoczona nagłą zmianą jasności pomieszczenia. Gdy moje oczy przyzwyczaiły się do słońca rozświetlającego pokój, rozejrzałam się.
Ściany oklejone były plakatami różnych zespołów. Pomiędzy nimi rozpoznałam takie zespoły jak Green Day, Nirvana, Blink – 182, All Time Low i kilka innych. Miał chłopak gust.
Mój wzrok ślizgał się po meblach, kiedy usłyszałam cichy głos.
- Zostawię was samych.  Jakby coś, jestem na dole – zanim zdążyłam mrugnąć, zostałam w pokoju z Michaelem. Bałam się spojrzeć na niego. Był to jakiś wewnętrzny strach przed odrazą. Nie chciałam zobaczyć czegoś, co mogłoby mi się nie spodobać. Po kilku sekundach wewnętrznej motywacji odważyłam się odwrócić wzrok na osobę leżącą na łóżku.
Chłopak spoczywał z rekami założonymi za głowę. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w wolnym tempie. Gdyby nie fakt, że jego oczy były otwarte i skierowane na sufit, myślałabym, że śpi. Michael Clifford był posiadaczem fascynujących, czerwonych włosów, które teraz leżały na poduszce, stercząc na wszystkie strony.
- Witaj Mike – uśmiechnęłam się przyjaźnie – Jestem Ashley i przez jakiś czas będziesz musiał znosić moje towarzystwo.
Nawet nie spodziewałam się, że mi odpowie. Jestem prawie na 100% pewna, że nawet nie zauważył, iż w pokoju znajduje się ktoś jeszcze oprócz niego.
Wepchnęłam się koło niego na łóżko zajmując identyczną pozycję jak chłopak. Materac lekko zadrgał, kiedy mięśnie chłopaka się napięły.
- Nie wiem co ciekawego widzisz w tym suficie – zmarszczyłam brwi.
- Jest biały... I taki nudny... Zwykły, biały sufit, jak w co drugim domu – kontynuowałam.
Chłopak zaczął się wiercić na swoim miejscu.
- Musisz się tak kręcić? - westchnęłam z udawanym poirytowaniem.
Michael przekręcił głowę w moją stronę, co uznałam za lekki sukces. W końcu zwrócił na mnie uwagę!
- Chociaż w sumie to twój pokój – wzruszyłam ramionami wskazując na to, że w rzeczywistości jego zachowanie jest mi obojętne.
- Co nie zmienia faktu, ze sufit masz nieciekawy – zmarszczyłam nos, śledząc wzrokiem podnoszącego się z łóżka Clifforda. Wyszedł z pokoju.
Brawo Ashley, geniuszu. Wystraszyłaś go. Zaczęłam się zastanawiać, jak do niego dotrzeć. Większość osób otwierała się przy pierwszym spotkaniu na tyle, że mogłam zapytać ich o rodzinę, wiek, zainteresowania.
Usłyszałam dźwięk spuszczanej wody w toalecie i odetchnęłam z ulgą, gdy drzwi otwarły się, a w nich pojawił się mój czerwonowłosy towarzysz.
- Wiesz co mnie ciekawi? - chłopak spojrzał na mnie znudzony, jakby chcąc pokazać, że nic go to nie obchodzi.
- Twoje włosy – wyjaśniłam i zauważyłam lekki wyraz zaskoczenia, który pojawił się na jego twarzy na ułamek sekundy.
Chłopak zajął miejsce obok mnie.
- Porozmawiamy? - spytałam, patrząc w jego zielone oczy.
Otworzył usta, aby odpowiedzieć, a w jego wzroku widniało wahanie.

2 komentarze:

  1. Zapowiada się ciekawie:)
    Czekam na dalsze rozdziały ^_^
    Pozdrawiam i życzę mnóstwa weny!
    @agnes_viper

    OdpowiedzUsuń
  2. Ejjj to jest super! Nie moge sie doczekac co bedzie dalej!

    OdpowiedzUsuń

Jeśli skomentujesz = wywołasz ogromny uśmiech na mojej twarzy i sprawisz, że rozdział pojawi się szybciej :)