niedziela, 30 sierpnia 2015

Dzień 2. (Michael)

2 komentarze = następny x


Patrzyłem na dziewczynę niezrozumiałym wzrokiem. Przychodzi do domu, wbija swoje nogi w mój brzuch i każe mi wstać, gadając coś o spaniu nago. Mam dziwne przeczucie, ze dopóki nie wstanę i nie pogadam z nią czy cokolwiek, to nie da mi spokoju. Podniosłem się pomału do pozycji siedzącej i przetarłem dłońmi oczy usiłując odzyskać ostrość widzenia.
- Masz Xboxa – usłyszałem z kąta pokoju.
- No i? - fuknąłem wstając. Nienawidziłem kiedy ktoś dotykał moich rzeczy.
- Nic – wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się do mnie.
- Zaraz wracam – prychnąłem i ruszyłem do łazienki. Załatwiłem swoje potrzeby i wróciłem. Przeczesałem dłonią włosy i padłem (dosłownie) na łóżko.
- Jak się dziś czujesz? - zadała mi pytanie.
Popatrzyłem na nią, lecz nic nie odpowiedziałem.
- Opowiedz może coś o sobie – zaproponowała w końcu, po kilkunastu minutach ciszy.
- Niby co? - skrzywiłem się. Miałem jej pomału dość. Czy ona nie widzi, że ja spałem? Dopóki ktoś mnie nie obudził?
- No nie wiem... Drugie imię, ulubiony kolor... - wymieniała licząc na palcach.
- Masz to wszystko w papierach – warknąłem. Byłem na serio wkurzony. Spać.
- Wolę się dowiedzieć tego od ciebie – odpowiedziała spokojnie. Większość stwierdzała wtakich momentach, że nic mi nie pomogą i odchodzili. Ma punkt u mnie.
Westchnąłem głośno.
- Czarny.
- Co? - zmarszczyła brwi.
- Kolor. Ulubiony – wyjaśniłem, widząc, jak patrzy na mnie bez zrozumienia.
- Oh, okay - uśmiechnęła się.
- Coś jeszcze? - spytałem. Może pójdzie już i da mi spać.
- Dopiero zaczęliśmy, jeszcze godzinka - na jej słowa głośno jęknąłem.
- Dzisiaj musimy porozmawiać o Twojej rodzinie – zaglądnęła w papiery. Spiąłem się. Nie lubię o nich rozmawiać. Uwierzcie mi, to nic miłego kiedy rodzina wypiera się Ciebie.
- Masz rodzeństwo? - czekała z długopisem w ręce.
- Nie.
- Chciałbyś mieć? - spytała patrząc na mnie.
- Nie.
- Jakie są Twoje stosunki z rodziną?
Cisza.
- Mike?
- Michael - zacisnąłem dłonie w pięści. Tylko jedna osoba mogła mi mówić Mike. Nikt inny.
- Michael? - nie była speszona moją uwagą.
- Co? - burknąłem.
- Jakie są twoje stosunki z rodziną? - powtórzyła stukając długopisem o udo.
Znowu zapadła cisza.
- Wrócimy do tego. Następne pytanie... - przerwałem jej.
- Nie. Nie chcę rozmawiać o tym.
- Wiesz, że aby ci pomóc, muszę poznać twoje otoczenie – dziewczyna westchnęła.
- Nie chce pomocy – skrzyżowałem ręce na klatce piersiowej.
- Michael. Czemu?
- Dajcie mi spokój i przestańcie się wreszcie o wszystko wypytywać! Chcę żyć tak jak żyje! - krzyknąłem.
- Michael, czy ty nie widzisz tego, że rodzina cię kocha, że chce ci pomóc. Masz jeszcze całe życie przed sobą. To, że teraz ci się nie wiodło, nie znaczy, że tak będzie przez cały czas. Postaraj się zawalczyć. Znajdź coś na czym będzie ci zależało i staraj się to osiągnąć - mówiła powoli patrząc mi w oczy, jakby sprawdzała, czy słowa docierają do mnie. Docierały. Może ona ma rację... Nie. Jestem nieudacznikiem, zmarnowałem sobie całe życie, już nic mi nie pomoże.
- Nie znasz mnie – syknąłem. Byłem zły na to, że wszyscy wokoło mają dla mnie jakieś dobre rady, ale żadne z nich nie rozumie tego, że ja nie chcę pomocy, jedyne czego pragnę to umrzeć, ponieważ to jedyna rzecz która może mnie uwolnić od tego świata.
- To pozwól mi się poznać – rozłożyła ręce.
- Jeśli mnie poznasz, i zobaczysz, że w moim przypadku nie ma sensu żyć dalej, dasz mi spokój? - spytałem.
Skinęła głową. Fajnie.
- W takim razie, opowiedz mi o swoich zainteresowaniach.
Spojrzałem na nią.
- Musiałeś coś kiedyś robić i lubić to. Co robiłeś jak byłeś młodszy?
- Grałem.
- W co?
- W piłkę z kolegami – odwróciłem wzrok.
- Coś jeszcze? Kim chciałeś zostać?
- Gwiazdą rocka – odpowiedziałem. Nie wiem czemu odpowiadałem jej na te pytania. Przecież nie chciałem się nikomu nigdy zwierzać.
- Czemu nie zrealizujesz swoich marzeń? - spytała.
- Jestem beznadziejny. Poza tym to były szczeniackie marzenia – prychnąłem. Byłem wtedy głupim gówniarzem, który myślał, że życzenia się spełniają.
- Tak po prostu się poddałeś? - spytała unosząc brwi.
Przytaknąłem.
- Czemu? - spytała zdziwiona – Nie próbowałeś, nie wiem, grać na gitarze, śpiewać, cokolwiek?
- Nie. Szkoła mnie uświadomiła w tym, że nieważne co zrobię, będzie to kiepskie, więc nie chciałem się rozczarować w kolejnej rzeczy.
- Nadal chciałbyś?
- Nauczyć się grać na gitarze? - spytałem.
- Tak, o to mi chodziło.
Zastanowiłem się. W sumie, po prostu założyłem, że mi to nie wyjdzie.
- Nie wiem – odparłem zgodnie z prawdą. - Chyba nie, bo wiem, że to marnowanie mojego czasu.
- Mhm – mruknęła zamyślona.
- Coś jeszcze? - spytałem raczej mało grzecznie. Zerknęła na zegarek.
- Nie, to wszystko na dziś Michael – wstała. Zebrała wszystkie papiery.
- Do jutra – pomachała mi zatrzymując się na chwilę w drzwiach.
- Tak, pa – pożegnałem się. Zmarszczyłem brwi. Co to było? Przecież ja się nie żegnam!
Szkoda mi czasu, na takie rozmyślania. Po prostu jestem zmęczony.
Zakopałem się w pościeli, nie trudząc się zdejmowaniem butów.
Zamknąłem oczy.

Nawet nie zauważyłem kiedy zasnąłem.

czwartek, 27 sierpnia 2015

Dzień 2. (Ashley)

Dzień 2 (Ashley)
Wstałam rano z przeczuciem, że dziś zdarzy się coś niedobrego. Mimo to, ruszyłam raźnym krokiem do kuchni wstawiając wodę na kawę dla siebie i przyjaciela z którym mieszkałam – Luke'a Hemmingsa. Wiele osób myślało, że jesteśmy parą, jednak między nami była tylko czysta przyjaźń. Czemu? Owszem, Hemmo był przystojny, powiedziałabym nawet, że bardzo, ale nie kręciły go dziewczyny. Tak, był gejem. Nawet miał chłopaka. Widziałam go raz, czy dwa.
- Hej – po schodach zszedł Luke przeciągając się.
- Hej – zasypałam kawę i nalałam wody. Podałam mu kubek, na co podziękował uśmiechem.
- Jakieś plany na dziś? - spytał po chwili ciszy.
- O 16 mam sesję u Michaela, a tak poza tym to chyba nic – wzruszyłam ramionami.
- A ty? - spytałam widząc jak przyjaciel przygląda mi się z zainteresowaniem.
- O 12 sesja z Liz, później spotykam się z Calumem – zarumienił się na samo wspomnienie o Hoodzie.
- Mhm – przytaknęłam upijając łyk ciepłego napoju. Tak, Luke także był psychiatrą.
- Idę się ubrać – mruknęłam odstawiając puste naczynie do zmywarki i ocierając usta z resztek napoju.
Chłopak skinął głową i także odłożył kubek.
- Ja też.
Wbiegliśmy po schodach spychając się z nich i kłócąc po czym rozeszliśmy się do pokoi. Otwarłam szufladę z bielizną, drugą ręką włączyłam laptopa. Szybko wzięłam prysznic i wciągnęłam na siebie czarne rurki oraz przypadkową koszulkę z szafy Hemmingsa.
W salonie zastałam blondyna rozwalonego na kanapie. W jednej ręce trzymał pilota, w drugiej mój telefon.
- Dzwonił – podał mi urządzenie do ręki. Spojrzałam na wyświetlacz, gdy telefon zaczął wibrować. Numer wyświetlony nic mi nie mówił, jednak mimo to przeciągnęłam palcem po ekranie odbierając połączenie.
- Irwin, słucham? - rzuciłam, jedną ręką otwierając szafkę.
- Dzień dobry – zmarszczyłam brwi usiłując sobie przypomnieć skąd znam ten głos. A no tak! Paul. Znajomy mojego taty.
- Jest mała sprawa, w zasadzie duża – mężczyzna zaczął się plątać.
- Spokojnie proszę pana, co się stało? - przerwałam mu lekko się uśmiechając.
- Chodzi o to, że... - wziął głęboki oddech – Moja córka od dłuższego czasu nie wychodzi z pokoju. I nie chodzi mi tu o dzień czy dwa. Minęło pięć dni a nie widziałem jej na oczy – westchnął.
- Jest pan pewny, że nic sobie nie zrobiła? - zaniepokoiłam się. Znałam ją.
- Tak, jestem pewny, jedzenie sprzed drzwi znika i codziennie słyszę stamtąd muzykę. Proszę pomóż mi. Zapłacę...
- Przykro mi, ale niestety naprawdę nie mogę – pomyślałam o Michaelu. Jaidon byłby na mnie zły, gdybym olała chłopaka. – Mam bardzo wymagającego pacjenta...
- Dobrze, nie tłumacz się, rozumiem – przerwał mi znajomy ojca – Znasz może kogoś kto mógłby?
- Niestety nie, ale jestem pewna że jak pan zapyta w ośrodku, to polecą kogoś.
- Dobrze, dziękuję, do widzenia – w słuchawce rozbrzmiał dźwięk kończonego połączenia.
- Kto to był? - spytał Luke, kiedy usiadłam koło niego.
– Znajomy ojca- machnęłam ręką, dając znać, iż nie powinien przywiązywać do tego jakiejś wielkiej wagi.
- Okay – mruknął zapewne nawet nie słysząc co mówię. Szczerzył się do telefonu, niczym głupek. Obeszłam po cichu kanapę i zajrzałam mu przez ramię. Kiedy tylko spostrzegł, że nad nim stoję, szybko zablokował telefon.
- Ash! - krzyknął rumieniąc się.
- Boże to obleśne! - pisnęłam zakrywając oczy dłońmi.
- Ciekawość szkodzi – wystawił mi język.
Popatrzyłam na niego.
- Potrzebuje psychiatry po zobaczeniu nago twojego chłopaka.
On tylko się wyszczerzył i posłał mi całusa w powietrzu. Trzepnęłam go poduszką w głowę i przełączyłam kanał.
- Ej ja to oglądałem! - zerwał się na równe nogi.
- Jestem pewna, że masz lepsze rzeczy do oglądania – poruszyłam wymownie brwiami w kierunku jego telefonu który wibrował na stoliku.
- Ouh – chłopak przejechał dłońmi po twarzy naciągając skórę pod oczami, co sprawiło, że wyglądał jak kościotrup.
- Idę do pokoju – mruknął zgarniając urządzenie ze stolika.
- Tylko nie poplam pościeli! - krzyknęłam chichocząc pod nosem.
– Pieprz się! - usłyszałam wrzask ze schodów i byłam pewna, że Hemmings wystawia w moim kierunku środkowy palec.
Pokręciłam głową i uśmiechnęłam się. Chwyciłam blisko leżącą książkę. Tak, u mnie to było normalne. Często czytałam coś, słuchając telewizji. Z lektury wyrwał mnie trzask drzwi. Zaspany Luke stanął w drzwiach, drapiąc się po nodze.
- Która go-ooo-dzina? -ziewnął.
Spojrzałam na zegarek w telefonie.
- 15 – mruknęłam wracając do lektury.
- Zaraz co? - zrobiłam wielkie oczy i poderwałam się z kanapy. Szybko wciągnęłam buty na nogi i ubrałam bluzę upewniając się, ze zakrywa ona moje nadgarstki.
- Zjedz coś – rzuciłam wiążąc buta.
Luke zaśmiał się.
- To urocze, że się o mnie tak troszczysz, ale jak tak dalej pójdzie to zostanie z ciebie sama skóra.
Pokręciłam głową z irytacją.
- Doskonale wiesz, że jem, tylko dziś tego nie zrobiłam – fuknęłam schylając się, aby zawiązać sznurowadła w drugim martensie.
- Niech ci będzie, mam na ciebie oko – uśmiechnął się opierając biodro o framugę. Nie dziwiłam mu się, że był taki nadopiekuńczy. W końcu pomógł mi wyjść z bulimii połączonej z anoreksją, co nie jest łatwe.
- Pa – cmoknęłam go w policzek i wybiegłam z domu trzaskając drzwiami. Spojrzałam na zegarek i postanowiłam, że przejdę się na nogach. Mam jeszcze 20 minut.
Pod domem Clifforda, znaczy, państwa Cliffordów, byłam kilka minut przed czasem. Mimo to przekroczyłam trzy schodki (za jednym razem! Plus posiadania długich nóg) i wcisnęłam guzik wystający ze ściany..
- Witaj – mama Michaela uśmiechnęła się ciepło na mój widok.
- Dzień dobry – zdjęłam buty i podążyłam za kobietą do kuchni.
- Zaraz przyniosę wam herbatę i ciasteczka – zaczęła krzątać się po pomieszczeniu.
- Ja je wezmę – odebrałam od niej tacę i ruszyłam po schodach na górę.
Zapukałam do pokoju, jednak odpowiedziała mi cisza. Spróbowałam jeszcze raz. Nadal zero odpowiedzi. Westchnęłam głośno i nacisnęłam klamkę łokciem, powodując otwarcie się drzwi.
– Cześć Mike – przywitałam się z chłopakiem zakopanym w łóżku.
- Wyleź spod tej kołdry – szarpnęłam za krawędź materiału.
Zero reakcji.
- Okay. Jak chcesz. - usiadłam obok niego i chwyciłam kubek z parującym napojem. Upiłam łyk herbaty i szturchnęłam górę znajdującą się obok mnie. Pagórek burknął coś i skopał kołdrę w dół ukazując czuprynę zmierzwionych zielonych włosów.
- Ej, sałata – szturchnęłam go łokciem.
Uniósł jedną powiekę i burknął.
- Twoja mama zrobiła herbatę. Mówię ci, mniam! - przerzuciłam nogi przez ciało chłopaka, co skwitował głośnym jękiem.
- Nie udawaj, nie są takie ciężkie – fuknęłam udając, że obraził mnie swoim zachowaniem.
Odstawiłam pusty kubek na szafkę nocną i postanowiłam zacząć rozmowę.
- Czemu śpisz o godzinie 16? - zdarłam kołdrę jednym ruchem. Chłopak miał na sobie czarne rurki przetarte na kolanach, prawdopodobnie od zbyt długiego noszenia. Na jego torsie leżała czarna koszulka z logiem Nirvany. Spojrzałam na siebie i walnęłam się otwartą dłonią w głowę. Wyglądałam tak samo.
- Dobrze, że nie śpisz nagi – palnęłam bez zastanowienia. Chłopak zrobił wielkie oczy.
- Eeee... To znaczy... yy... Chodzi mi o to, że mój współlokator często śpi nagi... - zaczęłam się tłumaczyć, jednak powiększające się zdziwienie na twarzy Michaela, zamknęłam się i zarumieniłam.
- Ouh, nieważne – przeciągnęłam rękę po twarzy naśladując gest Luke'a z rana.

- Wstań już. Musimy porozmawiać.

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Dzień 1. (Michael)



Dzień 1. (Michael)
Patrzyłem na nią niezrozumiałym wzrokiem. Do tej pory wszyscy lekarze mający na celu mnie „naprawić” przychodzili, zadawali idiotyczne pytania na temat tego jak się czuję i co się stało. Ashley była inna. Wpadła do pokoju bezczelnie wpychając się na moje łózko i zaczynając gadkę o suficie.
Jej pytanie mnie zaskoczyło. „Porozmawiamy?” Ona nie wymuszała rozmowy. Jeśli odpowiem „nie”, pewnie nadal będzie ciągnęła wywód na temat mojego stropu. Ale czy chcę z nią rozmawiać?
- Tak – dźwięk mojego głosu wypowiadającego to słowo zaskoczył mnie. Nie wierzę, że się zgodziłem...
- Super – klasnęła w ręce na co lekko się skrzywiłem. Jej entuzjazm zabijał...
Burknąłem coś pod nosem. Pewnie wyjdę na niegrzecznego, ale nic mnie to nie obchodzi.
- Gramy w 10 pytań? - spojrzała na mnie, także podnosząc się do pozycji siedzącej.
Psychiatra, który chce zagrać ze mną w 10 pytań. No, tego jeszcze nie było, wreszcie jakaś odmiana.
- Mhm – mruknąłem, studiując uważnie jej twarz. Była ładna. Miała średniej długości czarne włosy spięte w wysoki kucyk i...
- Ty zaczynaj – dziewczyna wyrwała mnie z moich rozmyślań.
- Eee... Ile masz lat? - wypaliłem. Mike, co jest z Tobą nie tak?
- 21. A ty? -uśmiechnęła się zadając jednakowe pytanie. Jestem pewien, że to wiedziała, w końcu mają te karty i tam jest napisane ile mam lat itd. To było miłe z jej strony, że udawała iż jest mną zainteresowana.
- Też... Ale wiem, że to wiesz – mruknąłem pod nosem.
Ku mojemu zdziwieniu, dziewczyna nie poczuła się urażona, tylko lekko zachichotała.
- Wolę usłyszeć do od ciebie, niż od szefa – skrzywiła się.
- Następne pytanie – zwróciła się do mnie.
- Umm... Czemu to robisz? - spytałem.
- Ale co? - popatrzyła na mnie niezrozumiale.
- Czemu mi pomagasz? Czemu nie jesteś jak inni? Przychodzisz tu, przepisujesz jakieś beznadziejne leki, które mają mi pomóc, bierzesz kasę i wychodzisz? Czemu zachowujesz się jakbyś chciała mnie poznać? - słowa wypływały ze mnie jedno po drugim zanim zdążyłem przemyśleć co chcę powiedzieć. Byłem zaskoczony. Bardzo. W obecności mojej mamy nasze rozmowy ograniczały się do krótkich pytań typu: „Jesteś głodny?” i jeszcze krótszych odpowiedzi: „Tak” i „Nie”.
Widziałem po jej oczach, że jest zdezorientowana. Dopiero po chwili zaczęła mówić.
- Czy to nie o to chodzi aby pomóc innemu? Jeśli myślisz, że jestem psychiatrą tylko po to aby dużo zarabiać, to się mylisz. Ja nie robię tego dla pieniędzy. Mi naprawdę zależy na moich pacjentach. Chcę do nich dotrzeć i pomóc im rozwiązać problem... - nadal mówiła jednak ja jej nie słuchałem. Skupiłem się na sposobie w jaki gestykulowała opowiadając o ideach, które jej przyświecały. Wpatrywałem się w jej oczy, które błyszczały gdy opowiadała o swojej pasji, która było wyciąganie ludzi z problemów.
- Halo Michael – pomachała ręką przed moją twarzą. Ocknąłem się.
- Hm? - mruknąłem usiłując przypomnieć sobie o czym przed chwilą mówiła.
- Słuchasz mnie w ogóle? - spytała rozbawiona. Uff... Dobrze, że się nie obraziła. Cholera Gordon. Od kiedy ty się przejmujesz uczuciami innych?
- Nooo... Nie – przyznałem się.
- Mówiłam, że muszę kończyć, nasza sesja i tak się wydłużyła. Mam do ciebie prośbę – wstała z łóżka i podała mi jakąś kartkę.
- Taa? - chwyciłem papier.
- Wypełnisz to? Powinnam ja... Ale jestem leniem – zachichotała.
Uniosłem brwi.
- A niby czemu miałbym to zrobić?
- Nie wiem – wzruszyła ramionami.
- Okay. Ale ostatni raz – chwyciłem długopis. Nawet nie zauważyłem kiedy drzwi się zamknęły a Ashley zniknęła z mojego domu.
Nie do końca rozumiałem co się działo. Znałem ją około dwóch godzin, a rozmawiałem z nią jakbym znał ja kilka lat. Długo pracowałem na to, aby wybudować wokół siebie mur. Nie dopuszczać nikogo. A ta dziewczyna zaczynała go burzyć. Nie podobało mi się to. Dzisiaj na zbyt dużo sobie pozwoliłem. Następnym razem nie będę. Nie zamierzam się przed kimś otworzyć a później znowu cierpieć. Już teraz mam dość. Nauczyłem się ukrywać moje uczucia, przez co ludzie myślą, że jestem potworem bez serca. Kiedy idę szkolnym korytarzem, obgadują mnie, wiedząc, że to słyszę, lecz myśląc iż mnie to nie rani. Bo nie mam UCZUĆ. Tylko nie wiedzą o tym, że później całą noc spędzam w łazience, z żyletką przyciśniętą do mojego nadgarstka, nie mając już siły płakać. Podobno wpadłem w depresję. Ja bym to raczej nazwał: przestałem być sprawny. Nadaje się do wyrzucenia. Wstałem z zamiarem skierowania się do łazienki i otworzenia szafki pod zlewem, kiedy z moich kolan zsunęła się biała kartka. Patrzyłem jak powoli opada na dywan, zastanawiając się, skąd ją mam.
No tak, Ashley prosiła...
No i co z tego, że prosiła? Mike! Nie daj się zwariować!
Ale... Co mi szkodzi...
Otwarłem drzwi i ruszyłem na dół dzierżąc w dłoni kartkę i długopis.
- Cześć synu – mama podeszła i pocałowała mnie w czoło. Widziałem po jej twarzy, że cieszy się iż opuściłem pokój.
- Umm... Pomożesz mi to wypełnić? - była bardzo zaskoczona. Po raz pierwszy odezwałem się do niej sam, bez jej nalegań. Jej oczy zaczęły świecić się ze szczęścia.
- Jasne. Pokaż tą kartkę – sztywną ręką wsunąłem jej papier w dłoń. Przebiegła wzrokiem po niej i oddała mi.
- Jestem pewna że jesteś w stanie to sam zrobić. Dziś na obiad naleśniki z nutellą.
Nie zareagowałem, tylko opuściłem kuchnię.
Usiadłem przy biurku i odrzuciłem pada na łóżko. Chwyciłem długopis i z cichym westchnięciem zacząłem czytać.
Imię: Michael – wpisałem.
Nazwisko: Clifford
Drugie imię:
Uhhh... Serio muszę? No dobra.
Drugie imię: Gordon
Następna rubryka była uzupełniona.
Objawy: Pacjent wykazuje brak zainteresowania otaczającym go światem. Nie zwraca uwagi na próby nawiązania kontaktu. Nie okazuje emocji.
Diagnoza: Depresja o stopniu ciężkim.
Uniosłem wysoko brwi. Miło poczytać o sobie. Niedbałe literki wskazywały na pismo mężczyzny.
To pewnie ten... No... Jak mu tam? Thomas Brown? Nie ważne.
Spojrzałem na drugą stronę kartki. Pusta. Czyli tyle mojej roboty. Przypiąłem notatki do tablicy w kącie pokoju i zakopałem się w pościel. Zamierzałem przespać się do obiadu.

sobota, 8 sierpnia 2015

Dzień 1. (Ashley)



- Ash? - podniosłam głowę spoglądając na przełożonego stojącego w drzwiach.
- Hmm? - odłożyłam papiery na bok i ponownie skierowałam swój wzrok na wysoką postać.
- Masz pacjenta – uśmiechnął się nerwowo, przestępując z nogi na nogę.
- To nic nowego, wprowadź go – uniosłam brwi zdziwiona. Jai nigdy nie informował mnie o czymś takim. To było normalne, jako psychiatra miałam kilkunastu pacjentów dziennie.
- Umm... Problem w tym, że nie tutaj – wykonał bliżej nieokreślony ruch ręką i usiadł naprzeciwko mnie.
- Dom? - spytałam, patrząc wymownie na jego nogi spoczywające na stoliku.
- Tak – skrzywił się nieznacznie, zabierając stopy z biurka.
- Coś jeszcze? - spytałam, sięgając po kluczyki od motoru.
- Tak – odchrząknął, po czym kontynuował – To specyficzny pacjent. Nie licz na to, że porozmawiacie.
- Okay... - skinęłam wolno głową.
- Masz kartę – podał mi szarą teczkę, na której czarnym markerem dużymi literami napisane było: „Michael Clifford
21 lat”
- Umm.. Jai – zaczęłam zmieszana.
Odwrócił się i spojrzał na mnie pytającym wzrokiem.
- On jest w moim wieku... Nie będzie się czuł... Zażenowany? - spytałam zmieszana.
Brawo Ash. Jeśli ktoś będzie się czuł niezręcznie to ty.
- Jeśli będzie się czuł zażenowany, będę z ciebie dumny – popatrzyłam na niego zagadkowym wzrokiem.
- On nic nie czuje – wyszeptał. Jego oczy zaszkliły się delikatnie.
- Jego... - głos mu się załamał. Po chwili odchrząknął i kontynuował – Jego rodzina liczy, że kontakt z rówieśnikiem go naprawi. Liczę na ciebie – poczułam na sobie jego poważne spojrzenie.
Skinęłam i chwyciłam kurtkę.
- To jedyny twój pacjent na najbliższy czas – powiedział wychodząc.
- A co z Jamesem i... - Jaidon wszedł mi w słowo.
- Kate się nimi zajmie.
I wyszedł.
Westchnęłam głośno i wklepałam w telefon adres, dostarczony mi przez szefa. W zasadzie głupio było mi nazywać go szefem, był może dwa, trzy lata starszy ode mnie, dlatego mówiliśmy sobie po imieniu. Co nie zmienia faktu, iż oficjalnie jest  moim przełożonym.
Zbiegłam po schodach. Na dworze było naprawdę ciepło, mimo to ubrałam swoją kurtkę i zapięłam ją po samą szyję. Wsiadłam na motor i lekko naparłam ciałem na Harleya, aby zwolnić blokadę. Usłyszałam charakterystyczne kliknięcie i maszyna opadła lekko w dół. Dołączyłam się do ruchu, po drodze wymijając kilka aut.
- To chyba tu – mruknęłam pod nosem, spoglądając na białą willę, otoczoną naprawdę sporym ogrodem. Na podjeździe stało kilka aut. Z daleka wyglądało to na bogatą rodzinę, jak wiele innych. Ale przecież nikt nie zastanowi się, jak naprawdę żyją.
Jak według Was powinien wyglądać człowiek z problemami? Chodzić wiecznie skulony, patrzeć na innych, jakby chciał ich zabić lub, co gorsza, zjeść? A co, jeśli powiem Wam, że osoby z problemami, są najczęściej najweselsze? Śmieją się, wygłupiają? Aż w końcu nie wytrzymują i całkiem upadają.
Otrząsnęłam się, zdając sobie sprawę, iż od dobrych dziesięciu minut wpatrywałam się w pozłacaną tabliczkę z numerem domu. Wprowadziłam motor przez wąską furtkę, ledwo unikając zdrapania czarnego, lśniącego lakieru. Nie zamierzałam zostawiać maszyny na chodniku, gdzie praktycznie każdy mógł ją zabrać, a to nie moja wina, iż  gospodarze nie pomyśleli o tym, że nie zamierzam iść 20 kilometrów na piechotę.  Nacisnęłam dzwonek i wpatrywałam się w swoje odbicie, które pojawiło się w szybie na drzwiach. To było nieco zabawne, gdyż widziałam tylko fragment swojego ciała.
- Dzień dobry – przywitałam się, kiedy drzwi uchyliły się, a w progu stanęła starsza kobieta.
- Witaj – jej twarz lekko rozświetlił uśmiech gdy zauważyła teczkę w mojej dłoni.
- Ashley Irwin, tak? - upewniła się.
Skinęłam głową.
- Wejdź – otwarła drzwi szerzej. Przekroczyłam próg domu Cliffordów i rozejrzałam się. Sam hol był większy od mojego salonu. Po moich obu stronach wznosiły się nieskazitelnie białe ściany, ze złotymi kinkietami. Stała tam tylko jedna komoda. Ciemna, potężna, sprawiała wrażenie skradzionej z Białego Domu.
Zaśmiałam się cicho na moje przypuszczenie. Jestem pewna, iż było ich stać na dębowe meble.
- Kawy, herbaty? - spytała kobieta, kiedy zostawiłam moje czarne vansy w przedpokoju. Syknęłam, gdy  moje nagie stopy dotknęły zimnej posadzki.  Trzeba było nosić skarpetki, jak mama w domu kazała.
- Nie, dziękuję – uśmiechnęłam się przyjaźnie do, prawdopodobnie, matki niejakiego Michaela Clifforda.
- W takim razie zaprowadzę cię do Michaela – wyminęła mnie w progu i dziarskim krokiem ruszyła w kierunku jakiś drzwi.
- Mike, masz gościa – pociągnęła klamkę w dół, dzięki czemu znalazłyśmy się w ciemnym pokoju.
Nie mam tu na myśli czarnych ścian i mebli, lecz fakt, iż rolety były zasunięte, nie dopuszczając żadnego światła. Kobieta podeszła do zasłon i rozsunęła je na boki, następnie podnosząc żaluzje.
Zmrużyłam oczy, zaskoczona nagłą zmianą jasności pomieszczenia. Gdy moje oczy przyzwyczaiły się do słońca rozświetlającego pokój, rozejrzałam się.
Ściany oklejone były plakatami różnych zespołów. Pomiędzy nimi rozpoznałam takie zespoły jak Green Day, Nirvana, Blink – 182, All Time Low i kilka innych. Miał chłopak gust.
Mój wzrok ślizgał się po meblach, kiedy usłyszałam cichy głos.
- Zostawię was samych.  Jakby coś, jestem na dole – zanim zdążyłam mrugnąć, zostałam w pokoju z Michaelem. Bałam się spojrzeć na niego. Był to jakiś wewnętrzny strach przed odrazą. Nie chciałam zobaczyć czegoś, co mogłoby mi się nie spodobać. Po kilku sekundach wewnętrznej motywacji odważyłam się odwrócić wzrok na osobę leżącą na łóżku.
Chłopak spoczywał z rekami założonymi za głowę. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w wolnym tempie. Gdyby nie fakt, że jego oczy były otwarte i skierowane na sufit, myślałabym, że śpi. Michael Clifford był posiadaczem fascynujących, czerwonych włosów, które teraz leżały na poduszce, stercząc na wszystkie strony.
- Witaj Mike – uśmiechnęłam się przyjaźnie – Jestem Ashley i przez jakiś czas będziesz musiał znosić moje towarzystwo.
Nawet nie spodziewałam się, że mi odpowie. Jestem prawie na 100% pewna, że nawet nie zauważył, iż w pokoju znajduje się ktoś jeszcze oprócz niego.
Wepchnęłam się koło niego na łóżko zajmując identyczną pozycję jak chłopak. Materac lekko zadrgał, kiedy mięśnie chłopaka się napięły.
- Nie wiem co ciekawego widzisz w tym suficie – zmarszczyłam brwi.
- Jest biały... I taki nudny... Zwykły, biały sufit, jak w co drugim domu – kontynuowałam.
Chłopak zaczął się wiercić na swoim miejscu.
- Musisz się tak kręcić? - westchnęłam z udawanym poirytowaniem.
Michael przekręcił głowę w moją stronę, co uznałam za lekki sukces. W końcu zwrócił na mnie uwagę!
- Chociaż w sumie to twój pokój – wzruszyłam ramionami wskazując na to, że w rzeczywistości jego zachowanie jest mi obojętne.
- Co nie zmienia faktu, ze sufit masz nieciekawy – zmarszczyłam nos, śledząc wzrokiem podnoszącego się z łóżka Clifforda. Wyszedł z pokoju.
Brawo Ashley, geniuszu. Wystraszyłaś go. Zaczęłam się zastanawiać, jak do niego dotrzeć. Większość osób otwierała się przy pierwszym spotkaniu na tyle, że mogłam zapytać ich o rodzinę, wiek, zainteresowania.
Usłyszałam dźwięk spuszczanej wody w toalecie i odetchnęłam z ulgą, gdy drzwi otwarły się, a w nich pojawił się mój czerwonowłosy towarzysz.
- Wiesz co mnie ciekawi? - chłopak spojrzał na mnie znudzony, jakby chcąc pokazać, że nic go to nie obchodzi.
- Twoje włosy – wyjaśniłam i zauważyłam lekki wyraz zaskoczenia, który pojawił się na jego twarzy na ułamek sekundy.
Chłopak zajął miejsce obok mnie.
- Porozmawiamy? - spytałam, patrząc w jego zielone oczy.
Otworzył usta, aby odpowiedzieć, a w jego wzroku widniało wahanie.